Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chapters. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chapters. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 grudnia 2014

Wyznania wkurwionego Chanyeola (part 7?)

Kiedy nachylałem się nad nim, całe życie przeleciało mi przed oczami. Pożałowałem naraz wszystkich podjętych decyzji, od tego niefortunnego skoku na dach śmietnika, który skończył się rozciętą łydką i skręconą kostką (9 lat), przez malowanie fantazyjnych penisów na masce samochodu pana od angielskiego, które przypłaciłem kozą w całe ferie zimowe (14 lat), aż wreszcie do wybrania tych nowszych kąpielówek, na które najwyraźniej miałem uczulenie, bo zaczynało mnie podejrzanie swędzieć w okolicach krocza (dzisiaj). Być może, gdybym zrobił coś inaczej, nie byłbym teraz w takiej sytuacji. Mój najlepszy przyjaciel nie oddychał, a ja zgłosiłem się na ochotnika, żeby go uratować. Pomyślicie pewnie, że prawdziwi przyjaciele tak robią i jestem po prostu bardzo szlachetny... Ale nie po to tak zażarcie broniłem się przed kontaktami fizycznymi z mężczyznami, żeby teraz atakować jednego z nich ustami. Znowu, jakby nie patrzeć. Dotarło do mnie, że się boję. Bałem się, że ten kolejny raz coś zmieni, bo... Od pewnego czasu zaczynałem coś czuć do Yixinga. Potrzebowałem bodźca w postaci strachu o niego, żeby to zrozumieć. Albo przyznać się do tego sam przed sobą. Żeby utrzymać naszą przyjaźń i moje osobiste przyrzeczenie, z łatwością oszukałem się, że moje serce ani razu nie zabiło w inny sposób, kiedy hyung się do mnie zbliżał. Wszystkie te myśli uderzyły mnie w momencie, kiedy nasze usta dzieliły centymetry. Ostatnią z nich było "Nie jestem gejem... Ale dla ciebie mogę być". Przymknąłem oczy, czekając na dotyk jego warg na moich, ale ku mojemu zaskoczeniu i ogromnemu rozczarowaniu, zrobiło mi się bardzo mokro. Na twarzy.
- On oddycha! On żyje! - krzyczał Tao, potrząsając i tak już drżącym Yixingiem, który był jeszcze w szoku i krztusił się wodą na trawie. Widząc, jak jego twarz na powrót nabiera kolorów, natychmiast wybaczyłem mu to, że wypluł mi kawałek jeziora prosto w twarz i, zabierając komuś uprzednio ręcznik, owinąłem go szczelnie i objąłem, przytulając do siebie. Towarzyszyła mi nieopisana wprost ulga.
- Już dobrze. Oddychaj spokojnie, za chwilę zabierzemy cię do ogniska - mruczałem mu do ucha, kiwając się z nim łagodnie. Xing pokiwał głową w milczeniu i posłusznie zrobił to, co powiedziałem. Przycisnąłem go mocniej do piersi. Był taki zimny...
- Yeollie, przenieś go bliżej ognia, niech się trochę rozgrzeje... Za chwilę będziemy wracać do obozowiska - było już tak przyjemnie, ale Baekhyun musiał wszystko zepsuć, zjawiając się nagle i kucając obok. Mimo wszystko miał rację, więc nie protestowałem. Z westchnieniem uniosłem Yixinga na rękach, po czym usiadłem z nim przy ognisku. Reszta chłopaków zbierała nasze klamoty, więc znów byłem z nim sam na sam.
- Dasz radę wrócić? To dość długa droga... - spytałem, głaszcząc go po ramieniu. Podniósł głowę, spoglądając mi w oczy. Błyszczały w świetle płomieni, ale jego zmęczona buzia zdradzała, że chłopak nie będzie w stanie dojść na miejsce o własnych nogach.
- Nic mi nie jest... Czuję się dobrze - powiedział słabym głosem. Uśmiechnąłem się tylko i odgarnąłem mu włosy z czoła. Naprawdę lubiłem to robić.
- Zapomnij, że pytałem. Zaniosę cię pod same drzwi... To znaczy, wejście do twojego namiotu. Teraz postaraj się zagrzać, strasznie zmarzłeś w tej wodzie...
- Chanyeol... - przerwał mi nagle, łapiąc mnie za rękę. Spodobało mi się brzmienie mojego własnego imienia. - Wiem, co chciałeś wcześniej zrobić... I, będąc szczery... Cieszę się, że miałeś to być ty, a nie ktoś inny - moje serce załomotało, kiedy usłyszałem to wyznanie. Nie dałem jednak tego po sobie poznać i tylko wzruszyłem ramionami.
- Jesteś moim przyjacielem. To nie problem - jakby wbrew tym słowom, pogłaskałem go po policzku, obdarzając ciepłym spojrzeniem. Potrzebowałem tego... Zaczynałem potrzebować jego bliskości, a miałem teraz niepowtarzalną okazję zaznać jej, bo wszyscy byli czymś zajęci i nie zwracali na nas uwagi.
- Chcę ci podziękować - odezwał się półszeptem po chwili ciszy. Znów na niego spojrzałem. Yixing przygryzł wargę i spuścił nieśmiało wzrok. Odgadłem jego intencje, ale nie zamierzałem się odsuwać. Tym razem to jemu brakowało odwagi... Kiedy jednak pomyślałem, że chłopak mimo wszystko się rozmyślił, Xing zbliżył się i złożył na moich ustach lekki, niepewny, ale czuły pocałunek. Poczułem się tak, jakbym wygrał coś cennego. Bicia mojego serca prawie nie dało się zagłuszyć, rosła we mnie pewnego rodzaju euforia... Pragnąłem pocałować go jeszcze raz, to było takie cudowne... On jednak miał inne plany. - Proszę... Nie mów nic. Zdrzemnę się, dobrze? - nie czekając na moją odpowiedź, oparł się z powrotem o moje ramię i zamknął oczy, od razu zapadając w sen. Później, kiedy niosłem go do obozowiska i układałem w jego namiocie, zastanawiałem się, czy rano będzie to wszystko pamiętał.
- Ja nie zapomnę... - wyszeptałem, ostatni raz tego dnia pochylając się nad nim i muskając jego gładkie czoło.

sbgsjhgkjhgkh;;;;;;;
_______________________________________________________
Wkurwiony Chanyeol na święta!
Czyżby ten klimacik i magia świąt sprawiły, że po tylu miesiącach naszła
mnie wena na Wyznania? Wiedziałam, że w końcu przyjdzie... Mam nadzieję,
że ktoś jeszcze pamięta tę serię ;)

Wesołych Świąt!
~Mintaj

poniedziałek, 28 lipca 2014

#Wyznania wkurwionego Chanyeola (part 6?)

- POBUDKA, NOCNE PIZGACZE! RAZ RAZ WSTAJEMY! - ktoś wydarł mi się do ucha bez uprzedzenia. Ja również bez uprzedzenia (taki odruch...) zaatakowałem tego ktosia stopą. Po jęku poznałem, że to Baekhyun.
Wait, Chanyeol
po JĘKU?
serio...
nie, bo ty wcale nie podsłuchujesz ChenBaeka ani DłońBaeka. wcale.
- Kurczę, Baekhyun! Przepraszam! Żyjesz? - podniosłem się z maty i spojrzałem na chłopaka, który aż usiadł od ataku mojej stopy na jego twarz. Potrząsnął głową, mrugając kilka razy.
- Przez chwilę zobaczyłem wszystko to, co widzi Yixing hyung po grzybowej. Ale jazda.
- Słuchaj, to wczoraj... Ja naprawdę nie... - o dziwo Tao nie było w namiocie, więc wykorzystałem chwilę, żeby wyjaśnić to i owo z zeszłej nocy.
- Ale ja wcale ciebie o nic nie podejrzewam! - zaśmiał się, klepiąc mnie przyjaźnie po ramieniu. - Przez jedną małą chwilę zwątpiłem, ale bądźmy szczerzy. Jeśli ktoś zrobi z ciebie geja, to na pewno nie będzie to Tao. On wyzwala w chłopakach zapędy hetero... Nie, żeby coś.
- Dzięki...
- Wracając do powodu, dla którego tu przyszedłem! Suho hyung postanowił, że pobawimy się dzisiaj w podchody. Potem zrobimy sobie ognisko i pójdziemy nad jezioro, ale na razie wszyscy już stoją na placu i dobierają się w drużyny.
- I jesteś tu, żeby mi powiedzieć, czy żeby mnie zaklepać do swojej drużyny?
- To drugie :D Spytałem już Kyungsoo i też się zgadza. Dzielimy się na 3 ekipy 4-osobowe, więc brakuje nam jeszcze kogoś...
- Weźmy Yixinga, okej? - zaproponowałem, w końcu miałem z nim do pogadania. Coś go gryzło i powinienem mu pomóc jako dobry przyjaciel, prawda?
- W porządku. To poczekamy, aż jaśnie pan się ubierze - pomachał mi, po czym wyszedł z namiotu. Postarałem się doprowadzić do stanu użytkowego tak szybko, jak to było możliwe. Przede wszystkim przepłukałem gardło moją wodą gazowaną, żeby nie brzmieć jak stary chuj (autorem tego uroczego określenia jest Kyungsoo, więc nie chciałem prowokować tego małego gnoma, skoro miałem być z nim w drużynie), a także przebrałem się w coś, co uchroni moje kończyny przez bezlitosnymi krzaczorami w lesie. Odświeżony wyszedłem z namiotu na światło dzienne, krzywiąc się jak wampir. Słońce przygrzewało niemiłosiernie i ucieszyłem się, że za chwilę wejdziemy między drzewa. Podszedłem do Kyungsoo i Baekhyuna, którzy stali przy autobusie i napierdalali we Flappy Kai na tablecie Kyungsoo.
- I co, rozmówiliście się z Yixingiem?
- Stoi za tobą - odparł Baekhyun, nawet nie odrywając oczu od ekranu. Obróciłem się, a mój przyjaciel faktycznie tam stał. Daję słowo, on pojawia się i znika jak męskość Luhana.
- Cześć Chanyeol - odezwał się z lekkim uśmiechem na twarzy. Na oczach miał te swoje zjebane kosmiczne okulary przeciwsłoneczne, więc nie mogłem nic z nich odczytać. - Tao mi mówił... Znaczy, że nic się nie stało. Hehe.
- Oczywiście, że nic się nie stało. Przecież mnie znasz. Poza tym, jak to już określił Baekhyun...
- Na widok Tao twoja szpada nie chce stanąć, lecz opada - dokończył za mnie wyżej wymieniony, za co będę mu dozgonnie wdzięczny. Ale Yixing wydawał się usatysfakcjonowany taką odpowiedzią, bo zaśmiał się i już nie sprawiał wrażenia przygnębionego. W dobrych humorach wyruszyliśmy w kierunku pola naszej leśnej gry. Wiedziałem tylko tyle, że grupa, która najszybciej znajdzie znaki od managera i wreszcie samego managera (podziwiam szczerze Suho, który jakoś go do tego nakłonił), dostanie najlepsze kąski z ogniska. Specjalnie poskąpiłem sobie mięsa na śniadanie, żeby wygłodniały mieć jakąś motywację. Zrozumcie - byłem w grupie ze strachliwą Barbie, jej jednorożcem i Bilbo Bagginsem.
- Yeooool! Kartkę widzę w tym drzewu - oznajmił Yixing, pokazując palcem na jakieś dwadzieścia drzew przed nami. Dyskretnie zdjąłem mu te okulary, bo chyba zaczynały mu robić fazy (nie dziwię się z takimi szkłami...)
- A ja nie widzę - skwitował Baekhyun, nadal zajęty pukaniem Kaia. *W KAIA. W tej grze, Flappy Kai.
- Czekajcie, on ma rację. Coś tam jest - Kyungsoo podszedł do jednego z pni i włożył rękę do małej dziupli. - Jest kartka. Coś jest na niej napisane... Yym... Nie no, to są chyba jakieś żarty.
- Dlaczego? Co tam przeczytałeś?
- Hugo wraca do Polsatu.
- ...Co?
- HUGO. WRACA. DO. POLSATU. Ja też nie wiem, to chyba podpucha.
- Długo nam zajmie znalezienie managera-nim, jeśli niektóre ze wskazówek do niczego nie prowadzą... - westchnąłem, czując zbliżające się widmo porażki. W oddali słyszałem okrzyki radości, produkowane przez Luhana, Tao, Minseoka i Sehuna. Oni dopiero stanowili dobrą drużynę... To nie fair! On ma sarnę i wiewiórkę, a ja jakieś kurwa Disney Channyeol ;-;
- Chanyeol, gałąź! - krzyknął Baekhyun, ale byłem zbyt zamyślony, żeby zdążyć zrobić unik. Z impetem przygrzmociłem czołem w potężny kawałek drewna, który bardzo sprytnie wtopił się w otoczenie, czekając na takich niczego nie spodziewających się wielkoludów, jak ja. To spisek.
- Nic mi nie jest! - powiedziałem dzielnie, choć miałem przed oczami podwójną ilość moich przyjaciół, a ziemia falowała jak woda w kuchni, kiedy Kris w połowie pracy stwierdził, że mycie naczyń nie jest w jego stylu i zostawił odkręcony kran i zatkany odpływ. - Ale coś chyba wypadło z tej gałęzi. Może teraz nam się poszczęści?
- To jakiś rebus matematyczny... Wynikiem będą współrzędne miejsca, do którego mamy się udać. To dałoby nam przewagę nie do pobicia - zauważył Kyungsoo. - Niestety, nie mamy niczego do pisania, ani kalkulatora...
- Odpowiedź C - wszyscy obróciliśmy się do Yixinga, który usiadł sobie na pieńku z lizakiem w buzi (skąd on go wziął).
- Jak to obliczyłeś? Tak szybko...
- Nie wiem. Ale jest dobrze - wzruszył ramionami, mówiąc to z całkowitą pewnością w głosie.
- Ech... Mamy jeszcze coś do stracenia? - spojrzałem na chłopaków, a potem na otaczający nas las, w którym równie dobrze moglibyśmy już niczego nie znaleźć. Kiwnęli głowami i wpisaliśmy w nawigację współrzędne wskazane przez Yixinga. Kiedy po dziesięciu minutach wyszliśmy na polanę i zobaczyliśmy rozpalone przy brzegu jeziora ognisko, a przy nim naszego managera, zachciało mi się śmiać. Z dzikim entuzjazmem porwaliśmy naszego przyjaciela na ręce i podrzuciliśmy kilka razy w górze. Baekhyun chciał mu dać całusa w podziękowaniu, ale Yixing grzecznie odmówił, za co otrzymał gromkie brawa od Kyungsoo. Czekając na resztę frajerów, usiedliśmy na kłodach przy ognisku i zaczęliśmy planować, które kawałki mięsa i kiełbaski powędrują do naszych brzuchów. Nikt nie mógł uwierzyć, że moja badziewna (to jest, WSPANIAŁA) drużyna dotarła na miejsce jako pierwsza. Yixing stał się bohaterem tego dnia (moglibyśmy nakręcić nową reklamę... Bądź bohaterem w swoim lesie! Lerła Merlę), a ja genialnym dowódcą. Niestety zamiast jeść, musieliśmy najpierw usuwać kolce i drzazgi z Krisa. Kurtka z ortalionu nie była w jego stylu, więc wybrał się w chaszcze w samej bokserce.
- I takim sposobem zrobił się już wieczór - odezwał się Jongdae, który do tej pory opierał się na moim ramieniu, kiedy ja grałem na moim ukulele (manager-nim nie chciał brać gitary, bo ciężka). Rozejrzałem się i faktycznie: nim się obejrzeliśmy, już był zachód słońca. Pojedliśmy, popiliśmy i pośpiewaliśmy, zupełnie jak na zwykłym biwaku, na który członkowie tak popularnej grupy k-popowej mogą sobie pozwolić tylko raz na kilka lat.
- Ej, może popływamy sobie w jeziorze? Wciąż jest mi gorąco - propozycja Jongina została podparta całkowitym pozbyciem się przez niego koszulki.
- Dobry pomysł.
- Yehet.
- Pływanie w jeziorze nie jest w moim...
- Kris-gege, wyciągnęliśmy ci łaskawie tę drzazgę z tyłka. Mamy włożyć ją z powrotem?
Tym oto sposobem znaleźliśmy się wszyscy w jeziorku, rozkosznie rozgrzanym po całym dniu. Wiedziałem, że tak naprawdę nikt nie będzie pływał, tylko wszyscy rzucą się do wody jak dzikie leszcze. Maknae line razem z Luhanem, Baekhyunem i Chenem zaczęli się chlapać. Chciałem dołączyć, ale kiedy kolejny raz dostałem glonem, odpuściłem sobie.
*dodatek specjalny od Chanyeola*
Właśnie dlatego nie lubię jezior. To znaczy, nie aż tak nie lubię, ale za nimi nie przepadam. Kiedyś poszedłem z kolegami późną wiosną nad jezioro, żeby się wykąpać, bo woda miała być już ciepła. Ale żaden z nas nie zwrócił uwagi na glony, a woda akurat kwitła... Następnego dnia wszyscy dostaliśmy strasznej wysypki. To był chyba największy ból dupy w moim życiu i już bym wolał, żeby dorwał mnie jakiś węgorz elektryczny i wpełzł prosto do tyłka. Także, mam uraz do glonów.
Pozostali chłopcy urządzili sobie konkurs skoków z gałęzi do wody. Wszyscy przyglądali się Kyungsoo, który ze swoim wzrostem z łatwością wdrapał się na drzewo jak małpka, a potem skoczył z gracją na bombę (nie wierzyłem, że da się skoczyć z gracją na bombę, ale jednak)
-  Yixing! Też spróbuj! - zachęcał go Minseok, chociaż sam jeszcze nie odważył się skoczyć.
- Mówisz...? Uuh... - wymamrotał z niepewną miną Yixing. Wiedziałem, że takie akrobacje nie były jego specjalnością, choć był naszym najlepszym tancerzem. Nie podobało mi się, kiedy wszedł na najwyższą gałąź, dopingowany przez resztę (tekstami typu: 'jesteś hardkorem!', 'nie weszłeś!' i 'ciągniesz, Malina!'), która zebrała się pod drzewem. Zapewne sam nie wiedział, jak wysoko się znajduje.
- Skacz! Skacz! Skacz!
- PATRZ! ALE URRRWAŁ!
- Aj, no bo mi się noga obsunęła i złamałem gałązkę no - tłumaczył się Yixing, któremu z takim dopingiem wcale się nie chciało skakać.
- ...JEBNIE! - równocześnie ze skokiem Yixinga rozległ się głośny okrzyk Kaia. Rzeczywiście sekundę po tym mój przyjaciel wylądował w wodzie. Ale kiedy powinien się już wynurzać, nie zrobił tego.
- Miałem co do tego złe przeczucia... - wyszeptałem i szybko zanurkowałem pod wodę. Wyłowiłem nieprzytomnego Yixinga i z pomocą Chena wyciągnęliśmy go na brzeg. Byliśmy przerażeni, bo na pierwszy rzut oka nie było wiadomo, czy stracił przytomność od szoku, czy może uderzył w coś głową. Nie mogłem wyczuć oddechu, jego klatka piersiowa nie poruszała się.
- Hyung, zrób coś z tym... Niech ktoś coś zrobi...! - rozpłakał się Tao.
- Trzeba mu wykonać sztuczne oddychanie. Tao, będzie dobrze... - powiedział Kyungsoo, klękając przy Yixingu. Mimo wszystko nie wyglądał na pewnego swoich słów i to nie poprawiało sytuacji. Nie wyobrażałem sobie, co byśmy zrobili bez Yixinga. Nie tylko jako zespół, ale jako przyjaciele. Przede wszystkim nie potrafiłem i nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co bym ze sobą począł, gdyby jego zabrakło...
- Odsuńcie się, ja to zrobię.


na leeeeszcza~

 _______________________________________________________
MINTAJ IS BACK! ON A DOUBLE KICK TRACK! MAKE SOME
NOOOOOOISE! ;)
Wiedziałam, że jak oficjalnie zawieszę drugiego bloga, to mi tutaj wena wróci ^^
Po długiej jak BangCock przerwie żem wróciła i napisała - mam nadzieję, że nie wyszłam z wprawy! ;)
HE.

~Mintaj

piątek, 2 maja 2014

#Wyznania wkurwionego Chanyeola (part 5?)

Muszę się przyznać, że ostatnio niechętnie zostawałem sam na sam z którymś z chłopaków. Miałem dziwne wrażenie, że po tych 'akcjach' z Baekiem i Yixingiem zaczęli na mnie patrzeć z pewnym... wyczekiwaniem. Jakby czekali tylko, aż się złamię i dołączę do ich gejparty. Najbardziej niepokoiło mnie to, że najwyraźniej żaden z nich nie wiedział o wspomnianych dwóch incydentach. To oznacza, że musiałem coś zrobić albo zachowywać się inaczej, niż zwykle. Kiedy to zrozumiałem, zacząłem starać się o bycie przyłapywanym na oglądaniu Playboya czy innych pisemek, a także głośnym komentowaniu kobiecych ciał w telewizji. Moi współlokatorzy kiwali głową i klepali mnie po plecach, ale bez większego przekonania.
Wykaz związków w dormie uległ zmianie, a raczej rozluźnieniu - sam już nie wiedziałem, kto z kim kręci. Dużym plusem był jednak prawie całkowity brak kłótni i wybuchów zazdrości, które były równie fascynujące, co Moda na Sukces.
Jeśli już musiałem odbyć z którymś chłopakiem sesję indywidualną (co było naturalnie wolą wytwórni), wybierałem komponowanie z Yixingiem albo tańczenie z Jongdae. Chenshing Mashine był dobrym towarzyszem z dwóch przyczyn - też kiepsko się ruszał, no i nie próbował mnie podrywać. Świetnie się z nim ćwiczyło, bo z jednej strony potrafił mocno się skupić i zachować powagę, a z drugiej dławił się śmiechem, kiedy coś nam nie wychodziło i kończyliśmy układ w niemożliwie głupiej pozie. Co do Yixinga... Mimo wszystko nadal był moim dobrym przyjacielem i brakowałoby mi naszych zamulających wieczorków z gitarą. Nie wyglądał na specjalnie przejętego tym drobnym incydentem, jak zwykle cichy i spokojny, więc nie wynosiłem przy nim tematu.
W piątkowe popołudnie szedłem właśnie do jego pokoju, żeby trochę pograć. Jednak w połowie drogi zostałem zatrzymany przez rozochoconego lidera mojej podgrupy.
- Ha! Zgadnij, co!
- Jajco. Śpieszę się - powiedziałem, starając się go wyminąć. Ostatnio przyniósł mi wieści o udanej podwójnej penetracji Tao (jak ja bardzo nie chciałem tego wiedzieć), więc obawiałem się, jakie tajemnice Wszechświata przekaże mi teraz.
- Poczekaj! Udało mi się załatwić z CEO, że pojedziemy na mini-wakacje w ten weekend. To będzie miły, dwudniowy wypad na biwak do lasu. Znalazłem fajny kemping na takiej polanie, gdzie można rozbić namioty. Niedaleko jest jezioro, a miejsce raczej mało znane, więc żadnych sasaengów nie ma w ofercie. Nie ma, że 'nie chcę', jedziemy wszyscy. To tyle! - powiedział jednym tchem, podrygując na jednej nodze jak jakiś pojebany klaun z pudełka. Położyłem mu rękę na głowie, żeby się uspokoił i przypadkiem nie wykitował mi na atak serca. Wiecie, w jego wieku... Yixing już w drzwiach mnie wyrzucił, to znaczy, z wielce zbolałą miną oznajmił, że jednak nie ma czasu, bo musi się spakować (w tym momencie pokazał ręką na wielgachną walizkę, której zapewne sam nie uniesie). Wzruszyłem ramionami i wróciłem do siebie, także mając zamiar spakować manatki na tę suhowską zieloną szkołę. Wyjąłem dużą, sportową torbę spod łóżka i zacząłem upychać na samo dno bieliznę i mangi, czyli coś, co moi współlokatorzy nagminnie mi podbierali. Kiedy już zabezpieczyłem wszystko reklamówkami, skierowałem się do szafy, w której trzymałem resztę ubrań. Coś mnie tknęło i zanim otworzyłem mocno zabudowane, rozsuwane drzwiczki (taak, w moim pokoju znajdował się jeden z tych cudownych, topornych komandorów z wieszakami i lustrem), przytknąłem do nich ucho.
- Ach, hyung, nghhh~~ - tyle wystarczyło, żeby mnie wytrącić z równowagi.
- YAH, JEŚLI OTWORZĘ DRZWI I ODKRYJĘ W MOJEJ SZAFIE BIAŁĄ NARNIĘ, TO WYCIĄGNĘ SWOJE NARTY I WSADZĘ JE WAM W WASZE ROZCIĄGNIĘTE TYŁKI - wrzasnąłem, może trochę zbyt głośno, bo nagle wszyscy mieszkańcy dormu znaleźli się w moim pokoju, podjadając popcorn. Luhan jadł maślany, poznałem to po tłustych plamach na jego palcach, buzi, włosach, koszulce i moim dywanie. Z szafy dobiegły mnie przyciszone głosy i chichoty oraz 'no weź to wytrzyj! tu też spadło'. Po chwili wytoczyli się z niej Jongin i Suho, który najwyraźniej miał wielką potrzebę upuszczenia swojego entuzjazmu spowodowanego zbliżającą się wycieczką. Ze zmarszczonymi brwiami złapałem go za kołnierz i trzymałem, póki nie upewniłem się, że na moich ciuchach nie ma ani kropli suhego mleczka.

Następnego dnia stanęliśmy obładowani naszymi klamotami przed dużym busem, który miał nas zawieść na miejsce. Widziałem, jak chłopcy naradzają się, z kim powinni usiąść. Postanowiłem ich uprzedzić i zaciągnąłem Xiumina na miejsce obok mnie. Minseok hyung jest spokojny i mało gada, więc nie będzie mi przeszkadzał przez te kilka godzin. Po drugiej stronie usiedli Sehun z Luhanem, więc nawet jak zbierze mu się na rozmowy, to na pewno będzie odwrócony do nich. Wetknąłem słuchawki w uszy i postanowiłem się trochę przespać, bo przeczuwałem, że na tej wycieczce raczej się nie wyśpię. Kiedy się obudziłem, ktoś uporczywie tykał mnie w głowę. Odwróciłem się i zobaczyłem Baekhyuna.
- Yeollie... Weź coś włącz na głośnik, bo chce mi się śpiewać.
- Nie możesz poprosić... - zerknąłem na miejsce obok niego. - Jongdae?
- Czy ty jesteś głupi czy głupi? Widzisz, że śpi, a jak się go wyrywa ze snu, to może zabić.
- Nie zauważyłem, że śpi... Ma rozchylone powieki.
- Wiem, to obrzydliwe ;-; To jak, puścisz coś? - wsadził głowę między siedzenia i się uśmiechnął. Wywróciłem oczami i włączyłem 'Peter Pan', bo akurat miałem to następne w kolejce. Śpiewaliśmy przyciszonymi, trochę zamulonymi głosami, ale Baek wydawał się zadowolony. Chen także był zadowolony, pewnie śniło mu się coś przyjemnego, bo chichotał i cały się obślinił. Prawie miałem wyrzuty sumienia, że tak narzekałem na Baekhyuna...
- Dobra, wesoły autobus. Robimy postój, muszę się odlać -  krzyknął Kris, a po jego minie było widać, że to naprawdę poważna sprawa. Nie miałem nic przeciwko, sam chciałem nieco rozprostować nogi. Po krótkim spacerku dookoła busa stwierdziłem, że chyba też odwiedzę toaletę. Zatrzymaliśmy się na niewielkiej stacji benzynowej na granicy Zadupia z Wygnajewem, czyli na totalnym odludziu, więc mając w pamięci opowieści Yixinga o kiblach w takich miejscach... No cóż, dziarskim krokiem ruszyłem w stronę szumnych męskich WC. W środku pomieszczenia był cały szereg kabin, liczyłem na możliwość szybkiego załatwienia swojej potrzeby. Nie zdziwiło mnie, kiedy pierwsza z nich była zamknięta, a od spodu wyglądały dwie pary nóg. Tak strzeliłem, że to pewnie Sehun z Luhanem. Oni jakoś bardzo lubią robić to i owo w śmierdzących miejscach typu klop albo szafa Jongina. Może mają taki fetysz czy coś... Zapukałem do drugiej kabiny.
- ZAJĘTE - wystękał Galaxy Hyung. Ledwo powstrzymałem śmiech, bo jeszcze dziś rano ostrzegałem go, że jedzenie wczorajszego gyros na śniadanie to niekoniecznie dobry pomysł. A popijanie mlekiem to już w ogóle tragedia. Następna kabina również była okupowana przez cztery nogi, nie chciało mi się już sprawdzać, czyje. Mój pęcherz zaczął coraz donośniej przypominać mi o swojej obecności i poczułem nutkę desperacji. W przedostatniej kabinie podłoga była już cała ufajdana na biało, a po tych dziadowskich butach z połyskującymi, oczojebnymi, neonowymi paskami wiedziałem, że ów Picasso był Jongdae. Jego sen musiał być naprawdę przyjemny. Przełknąłem ślinę i spróbowałem dostać się do ostatniej kabiny. Drzwi się otworzyły, aż mi ulżyło. Niestety za moment odkryłem, dlaczego tylko ta była wolna. Kij, że odpływ był zatkany i brakowało spłuczki. Poprzedni użytkownik musiał mieć naprawdę ostry przypadek oberwania dupy. Podejrzewam, że Kris hyung zostawi po sobie coś podobnego... Westchnąłem ciężko i wyszedłem z toalety, aby rozejrzeć się za jakimiś przyzwoitymi krzakami. Przyspieszyłem kroku, bo takie przeciąganie coraz bardziej irytowało mój pęcherz. Wreszcie znalazłem taki fajny busz, w który z radością wszedłem, jedną ręką rozpinając już spodnie.
- Hyung! Wypad! Trochę prywatności, co?! - zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, usłyszałem głos Jongina, wydobywający się z krzaczków.
- Yah Kim Jongin, nie możesz próbować się rozmnażać gdzie indziej? Moja potrzeba jest już paląca!
- Idź sobie w jakieś inne krzaczki. Albo do lasu.
- DOBRA, ale jak mnie coś ugryzie w żołnierza, to będziesz mi go osobiście smarował maścią!
- Z przyjemnością - odparł tym swoim uwodzicielskim głosem. Strzeliłem sobie otwartą dłonią w czoło.
- Żartowałem, debilu... Idę - mruknąłem, zostawiając Jongina i jego łanię (Kyungsoo? Suho?!) w spokoju. Mam to gdzieś, niech się cali podrapią gałęziami. Zapuściłem się w głąb lasu, mijając Tao i Minseoka, którzy urządzili sobie konkurs sikania na odległość. Daję głowę, że to był pomysł młodszego, a Xiumin robił to tylko z dobrego serca. Ten hyung jest naprawdę miły i wyrozumiały... Kilka minut później zaatakowałem w końcu jakieś podejrzane krzaki, z których na szczęście nic nie wyskoczyło i nie odgryzło mi przyrodzenia. Wszyscy zbierali się z powrotem do autobusu, jednak nigdzie nie widziałem Yixinga.
- Uch, gdzie ten hyung znowu się zgubił... - jęknął Sehun, przecierając oczy ze zmęczenia. Wyjechaliśmy w południe, ale przez ten postój zrobił się już wieczór. Trochę się obawiałem, bo las z pewnością nie jest bezpiecznym miejscem po zachodzie słońca.
- Oczywiście ten atrusi kitaz nie wziął komórki i teraz musimy go szukać! - wkurzał się Suho. Nie wnikam, co to atrusi kitaz, ale sądząc po tonie, to jakieś obraźliwe przezwisko.
- Rozdzielmy się na dwie grupy. Nie ma wybierania, EXO-K idzie w lewo, EXO-M w prawo. Kto znajdzie Yixinga hyunga, dzwoni - zarządził Kyungsoo, wcielając się w rolę lidera. Wyglądał bardzo poważnie, aż byłem pod wrażeniem. Junma był zajęty panikowaniem, więc rozumiałem naszą sówkę.
- Pospieszmy się, póki jest jeszcze w miarę widno - powiedziałem i ruszyłem naprzód, nie czekając na resztę mojej grupy. Nie chcąc prowokować żadnych dzikich zwierząt, nie wołałem przyjaciela, choć to zmniejszało moje szanse na szybsze znalezienie go. Trochę się martwiłem, czy aby nic mu się nie stało. Pewnie tak samo jak ja szukał jakiejś zastępczej toalety i wszedł w głąb lasu, a potem nie mógł znaleźć drogi powrotnej. Miałem nadzieję, że po ostatnim zapamiętał, że w takich wypadkach ma nie ruszać się z miejsca i czekać na ratunek. Nagle spostrzegłem jakąś postać, leżącą na mchu, z głową opartą o stary pień. Yixing hyung najwyraźniej zmęczył się czekaniem i uciął sobie drzemkę. Uklęknąłem obok niego, a na mojej twarzy wykwitł uśmiech. Wyglądał tak spokojnie, jakby spał we własnym łóżku. Machinalnie odsunąłem mu włosy z czoła, z zazdrością przesuwając palcami po gładkiej skórze. Mnie już robiły się zmarszczki mimiczne!
- Chanyeol-ah...? - odezwał się, chwytając mnie za rękę.
- Ile razy masz jeszcze zamiar się gdzieś zgubić? Martwisz nas wszystkich - westchnąłem i pogłaskałem go po policzku. - Pabo. Masz szczęście, że twój kumpel jest zawsze na posterunku.
- Tak, to wielkie szczęście - zgodził się, po czym przygryzł wargę, tak jak wtedy na parkingu. - Słuchaj... Jeśli chodzi o wtedy, to ja...
- Hyung, wcale nie mam ci tego za złe - wyciągnąłem dłoń i pomogłem mu wstać. - Prawdę mówiąc, jeszcze nigdy nikt mi nie podziękował w tak... miły sposób - wyznałem, spuszczając wzrok. Nie wiedziałem, że Yixing wciąż się tym przejmował.
- Och... C-cóż, w takim razie... Nie, to dobrze, że jednak się o to nie gniewasz. To był taki odruch i...
- Zhang Yixing, weź się uspokój - roześmiałem się i przytuliłem jąkającego się przyjaciela, żeby go jakoś pocieszyć. Kiedy go puściłem, wyglądał już lepiej. Wtedy przypomniałem sobie, że powinienem był wcześniej zadzwonić do chłopaków, że już go znalazłem. Po powrocie do autobusu solidnie mi się za moje gapiostwo oberwało i jak już dojechaliśmy na pole kempingowe, marzyłem tylko i wyłącznie o cieplutkim śpiworze. Nie mogliśmy się zdecydować, kto z kim będzie dzielił namiot, więc Baekhyun zaproponował ciągnięcie słomek. Tym sposobem wylądowałem z ostatnią osobą, z jaką można spokojnie spędzić noc - czyli z Tao. To było bardziej, niż pewne, że w środku nocy obudzi mnie i zacznie marudzić, że wszędzie widzi duchy, a materac niewygodny, a w śpiworze za gorąco, a co to za dźwięk, a niedźwiedź.
- Hyuuung, opowiedz mi bajkę na dobranoc, bo ja tu nie zasnę - oho, zaczyna się. Ledwo wsunąłem się w mój śpiwór, kiedy ta chińska boidupa zaczęła mieć koncert próśb i zażaleń.
- Jestem kiepski w opowiadaniu bajek. Poza tym, wszyscy pozostali już śpią. Zobacz, że pogasili światła w namiotach.
- To zanuć mi jakąś kołysankę... No proszęęę.
- Dlaczego ciągle wszyscy mnie proszą, żebym im coś śpiewał czy grał?! - zerwałem się z ziemi, oczywiście tylko do pozycji siedzącej, żeby nam się namiot nie zawalił. Leżący obok Tao miał minę, której nie można było się oprzeć, więc musiałem spełnić jego zachciankę. Położyłem się z powrotem i zacząłem nucić starą, koreańską kołysankę, którą śpiewała mi do snu babcia, jak byłem małym szkrabem.
- Chanyeol hyuuung...
- Hmm?
- Chciałbym, ale teraz nie możemy... Sam mówiłeś, że wszyscy śpią.
- O czym ty mówisz? o.o
- Przecież trzymasz rękę na moim tyłku...
- Nie...
- ...
- Tao, nie krzycz, wstań powoli i nie krzycz - szepnąłem, gotów zasłonić mu usta. Chłopak posłusznie wykonał polecenie, przesuwając się na drugą stronę namiotu. Wyjąłem z torby latarkę i poświeciłem na miejsce po mojej prawej stronie.
- Aaaach! Hyung, wyjmij tooo! Teraz! - krzyknął Tao, zanim zdążyłem go powstrzymać. W namiocie najbliżej nas musieli go usłyszeć.
- Poczekaj, nie jestem pewien, co to... - uniosłem śpiwór chłopaka i zobaczyłem, że materiał namiotu został przerwany. Po chwili światło latarki znalazło sprawcę - kreta.
- Aaahhhhhhh~~~~!!! Chanyeol hyung, on jest taki wielki! Aaaaaa~! - damskie piski, jakie wydawał z siebie Tao, nie tylko zaalarmowały naszych kempingowych sąsiadów, ale też wystraszyły biedne zwierzątko, które zaczęło w panice szukać swojej wydrążonej norki.
- Błagam, włóż go, proszęproszęproszę! Aaaaa~!
- Chwila, muszę go złapać...
- Aaahhh hyuuuung~~~! Szybciej! Albo nie, sam go włożę! - wydarł się jak dziewica, odważnie ściągając koszulkę i chwytając przez nią przerażonego kreta. Kiedy zwierzak już się ulotnił w głąb ziemi, wyczerpany Tao usiadł mi na nogach i oparł głowę o moje ramię. - Hyung, zmęczyłem się... Mam dość.
- Wszystko u was w porządku? Bo słyszeliśmy... - ktoś rozpiął nasz namiot, urywając w pół słowa. Zobaczyłem Baekhyuna i kilka innych twarzy, które z pewnością nie spodziewały się zastać nas w tak dwuznacznej sytuacji.
- To nie jest tak, jak myślicie! - powiedziałem szybko.
- Nie musisz się tłumaczyć, Yeollie... Ech, wracam do siebie - odparł Baekhyun. Kiedy odszedł, zobaczyłem jeszcze jedną osobę. Yixing nie otworzył ust, ale spojrzał na mnie dziwnie smutnym wzrokiem, zanim odwrócił się ze spuszczoną głową i wszedł do swojego namiotu. Zrzuciłem z siebie Tao i w pierwszej chwili chciałem za nim biec, ale zabrakło mi odwagi. Czułem, że w jakiś sposób zawiodłem przyjaciela, choć przecież nic takiego nie zrobiłem.
- Aiish - mruknąłem i położyłem się z rękami pod głową. Jak przewidziałem, tej nocy nie zmrużyłem oka.

*meanwhile na zewnątrz...*
- Stary. Mówiłem ci, że w końcu się złamie.
- Ale ja wiem! To było do przewidzenia...
- To nie fair, że Tao go rozdziewiczył. Ja protestuję!
- Było wyciągnąć mniejszą słomkę.
- Ale ja lubię duże...
- Maszyna do lodów od siedmiu boleści... Zboczeniec.
- Sam jesteś... Poza tym, lubisz to.
- ...Zamknij się

to zdjęcie jest takie
ksdfkjhfj
czy tylko ja tak uważam..?
________________________________________________________________
Haha! Udało mi się skończyć przed 20! ^^ A już się nastawiałam na publikację o 23 z kawałkiem... No cóż, z dedykiem dla Hyeri unni, która chciała SuKaia oraz shoutoutem dla Pedonoony, której chciałabym poprawić humor...
P.S. Wybacz oppa, że tak jadę po Krisie xd

~Mintaj

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

#Untitled_bad_boys part 1

Sehun nie posiedział u mnie długo, bo jakoś pod wieczór zadzwoniła do niego matka, prosząc o zrobienie zakupów. Kiedy się rozłączyła, westchnął i spojrzał na mnie tym przygnębionym wzrokiem. Domyśliłem się, że znowu chciała alkohol. Większość tego, co zarobiła, szło na piwo, soju, nowe ciuchy i kosmetyki, przez co Sehun nie mógł skończyć liceum, bo zabrakło mu na podręczniki. Na szczęście przy mnie nie czuł się przez ten fakt jakiś gorszy, bo ja też wyleciałem ze szkoły, kiedy opuściłem rodzinne miasto. Mój przyjaciel był na tyle miły, że oprócz nakarmienia mnie ramyunem, przyniósł mi swoją lampkę nocną, dzięki której moje kontakty wreszcie będą mogły się wykazać. No i nie będę się musiał martwić, że podpalę świecą książkę, bo zazwyczaj czytam, kiedy nie mogę zasnąć (do tej pory robiłem to przy świecach, z których wosk skapywał na kartki i czasem moje ręce). Byłem trochę znużony, więc jak pożegnałem Sehuna, postanowiłem uciąć sobie krótką drzemkę. Niestety znowu miałem ten sam nieprzyjemny sen... Prawie ucieszyłem się, kiedy ktoś postanowił mnie obudzić.
- Jongin-ah, wstawaj...
- Hmm...? Nie mów, że znowu nie zamknąłem drzwi - przetarłem oczy i ziewnąłem, skupiając wzrok na twarzy Sehuna. Kiedy zachodziło słońce, w moim mieszkanku szybko robiło się ciemno. Szkoda, że nie pomyślałem o zapaleniu tej lampki, zanim zasnąłem.
- Nie, otworzyłem sobie. Posłuchaj... - położył mi rękę na ramieniu. Wyglądał na zatroskanego, co trochę mnie zaniepokoiło. - Chodzi o tego psa...
- Co z nim? - cały zesztywniałem, mój przyjaciel musiał to odczuć, bo mocniej schwycił mnie za ramię, starając się dodać mi otuchy.
- Jakiś facet go potrącił... Ale to nie jest najgorsze.
- Gdzie to się stało? - spytałem, starając się trzymać nerwy na wodzy. Wiedziałem, że przekazanie tej wiadomości było dla Sehuna równie trudne, co przyjęcie jej dla mnie. Biegiem opuściliśmy budynek (na szczęście obaj mieliśmy deskorolki), pędziliśmy kolejnymi ulicami, aż znaleźliśmy się w równoległej dzielnicy, gdzie znajdowały się bardziej nowoczesne budynki małych firm oraz prywatna klinika chirurgiczna. Przed nią, na parkingu i podjeździe, stało kilka samochodów. Sehun wskazał je ręką, wtedy też zobaczyłem niewielką plamę krwi tuż przed kołami (cudownego swoją drogą) czarnego Mustanga. Zanim zdążyliśmy tam podejść, z kliniki wyszło dwóch mężczyzn w eleganckich garniturach.
- Słowo daję, jeszcze chwila, a nie zdążyłbym przyszyć jej tego ucha.
- Wiesz, Soohyun, spróbuj patrzeć na pozytywne aspekty. Mówiłeś, że ci brakuje adrenaliny.
- Och, tuż przed operacją zrobiłem sobie spory zapas. Jadę, chcę zaparkować, a tu mi wyskakuje przed maskę jakiś kundel... Puknąłem go, pewnie zdechł od razu. Ale wkurzyłem się. Nabryzgał mi krwią na tabliczkę rejestracyjną i teraz muszę jechać do myjni.
- Nie możesz jakoś ręcznie umyć?
- Żartujesz sobie? Pewnie miał jakąś wściekliznę czy inną francę, ja się do tego nie dotknę. Wziąłem go w worek i wyrzuciłem do śmietnika, żeby mi nie odstraszył klientów.
- I w sumie dobrze... Źle by to świadczyło o naszym przybytku, jakiś rozjechany pies na podjeździe... - skomentował niższy z mężczyzn, po czym wsiadł do niebieskiej Hondy i odjechał z piskiem opon. Skinąłem głową na Sehuna, podążyliśmy za Mustangiem. Zatrzymał się kilka ulic dalej, pod (jak się spodziewaliśmy) dużą willą. Mężczyzna wysiadł i spojrzał się na nas.
- Czegoś chcecie, chłopcy? Jechaliście za mną aż spod kliniki.
- Mamy do pana sprawę, ahjussi - odezwał się grzecznie Sehun. Widziałem, że się powstrzymywał.
- Już skończyłem pracę, możecie się umówić w recepcji...
- Ten pies... którego pan potrącił, to nasz pies. Był zupełnie zdrowy, więc byłoby w porządku, gdyby pomógł pan nam go przyzwoicie pochować.
- Wasz pies - powtórzył, marszcząc brwi. Wydał mi się wtedy dość nieprzyjemny. - A może byście tak lepiej pilnowali waszego psa?
- Pan również mógłby jechać ostrożniej - powiedział chłodno, występując krok naprzód. - Prosimy tylko o drobną pomoc, choćby użyczenie łopaty. To pan w niego uderzył, więc powinien pan...
- Czy ty próbujesz mi dyktować, co ja powinienem robić? - ton mężczyzny zrobił się jeszcze bardziej nieprzyjemny, wręcz agresywny. Starałem się nie wybuchnąć, choć miałem ochotę wygarnąć mu, co o nim myślę. Nagle drzwi wejściowe willi otworzyły się i na kaganek wyszła młoda dziewczyna.
- Appa, wszystko w porządku? - spojrzała na nas nieco podejrzliwie, zanim podeszła bliżej. Z tej odległości byłem w stanie stwierdzić, że może być w naszym wieku, jest bardzo ładna i ma fajne klapki. Nie śmiejcie się, ja zazwyczaj patrzę dziewczynom na buty... Zdziwilibyście się, ile buty mogą powiedzieć o ich właścicielce.
- Tak, Soomin-ah. Ci dwaj gówniarze przyczepili się do mnie, twierdząc, że przejechałem ich psa. To nic takiego, wracaj do domu.
- Ale... Zrobiłeś to, appa?
- Nie, skądże. Zaraz ich stąd pogonię. Wejdź do środka, bo jeszcze zrobią ci krzywdę. Tatuś się wszystkim zajmie - sposób, w jaki mówił do córki był zupełnie inny, niż to, co sami usłyszeliśmy. Dziewczyna kiwnęła głową, ale przed odejściem zerknęła na przód samochodu, gdzie jednak było kilka czerwonych plamek. Ostatni raz popatrzyła na mnie i na Sehuna, a potem skierowała się z powrotem do domu. Jej ojciec powiedział nam jeszcze parę przykrych słów, zanim do niej dołączył.
- Przynajmniej wiemy, gdzie mieszka... Chyba poświęcę parę swoich jajek na jego okna - mruknąłem, przełykając ślinę. Czułem okropną gorycz, w sumie miałem ochotę się rozpłakać, ale nie chciałem rozklejać się przed Sehunem.
- Możemy też przebić mu opony... Ale nie wziąłem żadnego śrubokręta.
- Jutro, Sehun-ah. Teraz już... nie mam na nic siły - odparłem i stanąłem na swojej desce. Chciałem chwilę pobyć sam, więc gestem dałem kumplowi do zrozumienia, że będzie dzisiaj wracał sam. Ruszyłem przed siebie, a chłodny wiatr smagał mnie po twarzy, wyciskając kilka łez z oczu.

*

Parę minut po powrocie do domu Soomin zaczęły dręczyć wyrzuty sumienia, że usłuchała ojca. Na samochodzie ewidentnie były ślady krwi, a tamci chłopcy wcale nie wyglądali na takich chuliganów, jak to określił appa. Dobrze wiedziała, że jej ojciec nigdy nie przepadał za zwierzętami. Z drugiej strony było to dla niej ciężkie do przyjęcia, że bez cienia skruchy wyparł się potrącenia psa.
- Wiem, co widziałam... Nie powinnam była tylko tam stać i udawać, że wszystko gra. Ciekawe, czy ci dwaj już sobie poszli... - podeszła do okna i wyjrzała na podwórze. Zauważyła, jak chłopcy żegnają się, każdy rusza w swoją stronę. Po chwili wahania złapała swoją czapkę z daszkiem, założyła kurtkę i pobiegła za jednym z nich. Był wysoki, więc mimo dzielącego ich dystansu wciąż widziała jego sylwetkę. Wjechał do tunelu pod mostem, gdzie stała już grupka mężczyzn. Soomin schowała się niedaleko w krzakach, nie chcąc zostać zauważoną. Była to prawdziwa banda miejskich chuliganów, co trochę ją rozczarowało.
- Oh Sehun, nasza mała księżniczka! Co, mamusia znowu przysłała cię po tani bimber? - skomentował zgryźliwie jeden z nich, mocno klepiąc chłopaka po plecach. Wyraźnie nie czuł się tam swobodnie, co w pewnym stopniu ucieszyło Soomin.
- 'Czyli jednak jest w miarę porządny...' - pomyślała, dalej obserwując rozwój sytuacji.
- Daj spokój. Ja wam płacę, wy dajecie piwo, ja milczę. Umówiliśmy się na taki interes.
- Uhuhu, chyba jesteśmy dziś nie w humorze - zaśmiał się mężczyzna, przyjmując od młodszego pieniądze.
- A gdzie piwo?
- Spokojnie, wszystko w swoim czasie... Może opowiesz nam, co cię tak trapi? Chętnie pomożemy.
- Nie chce mi się o tym mówić. Daj ten alkohol i spadam.
- Czyżby twoja puszczalska matka wpadła z jakimś swoim fagasem? - odezwał się gruby, brodaty facet, którego ręce były wielkości piłki futbolowej. Chłopak zacisnął pięści.
- Nie mieszajcie do tego mojej matki. Masz piwo, czy nie? Bo jak nie, to oddawaj forsę z powrotem.
- Słuchaj, szczylu. Nie podoba mi się twój ton.
- A mnie się nie podoba cały dzisiejszy dzień, więc z łaski swojej nie psuj go jeszcze bardziej - warknął, a Soomin wstrzymała oddech. Kiedy grubas uderzył chłopaka w brzuch, a (najwyraźniej) szef całej bandy w szczękę, pisnęła przestraszona. Było to na tyle głośne piśnięcie, że mężczyźni obrócili się w stronę krzaków, w których siedziała.
- To pewnie jakiś ptak... Dobra, idziemy stąd. Zaraz będzie przejeżdżał tędy patrol - zarządził mężczyzna. Kiedy grupka oddaliła się, Soomin wyszła z ukrycia i szybko podbiegła do chłopaka. Miał lekko rozciętą wargę, i zamknięte oczy, ale był przytomny.
- Hej, żyjesz? Niczego ci nie złamali?
- Taa... Chyba nie - skrzywił się i powoli rozchylił powieki na dźwięk jej głosu. - Ej, czy ty nie jesteś tą córką...
- Tak, to ja. Chciałam przeprosić w imieniu mojego ojca, więc tak jakby poszłam za tobą... Jestem Soomin.
- Sehun... Oh Sehun. - powiedział, po czym trochę spochmurniał. - Jak dużo słyszałaś?
- Zatrzymam to dla siebie, obiecuję. Przepraszam, nie wiedziałam, że... Ale mogli ci coś zrobić i wtedy czułabym się jeszcze gorzej.  I tak okropnie mi przykro za twojego psa...
- Ech, w porządku... Ale w zasadzie, to nie do końca mój pies.
- Twojego kolegi?
- Też nie do końca... Trochę się nim opiekował, ale pies jest bezpański. Po prostu zdążyliśmy się już do niego przywiązać - wyjaśnił, a potem z trudem wstał, opierając się o mur.
- Dasz radę sam iść?
- Mhm, pewnie - odparł, ale kiedy zrobił krok, zakręciło mu się w głowie i lekko się zatoczył. Poczuł, jak drobna ręka wsuwa się na jego plecy i przytrzymuje w pasie.
- Oprzyj się na moim ramieniu. Nie ma sprawy, jestem ci to trochę winna - mruknęła Soomin, dzielnie przyjmując ciężar większego od niej chłopaka.
- Dzięki... A w zasadzie, dlaczego poszłaś akurat za mną? - spytał, kiedy szli już jakieś kilka minut. Nieświadomie skręcił w stronę domu Jongina, jakoś nie miał ochoty wracać do domu w takim stanie i bez alkoholu.
- Tylko się nie śmiej... Po prostu wydałeś mi się mniej straszny od twojego kolegi. Bo on ma takie ciemne oczy i wyglądał na wściekłego...
- To ja też jestem straszny? - mimo prośby dziewczyny, Sehun wybuchnął głośnym śmiechem. Spojrzał na nią, dopiero teraz bliżej przyglądając się jej twarzy. Kiedy była taka zawstydzona, wyglądała słodko.
- N-nie, teraz już wiem, że nie. Powinieneś się częściej uśmiechać, wtedy nikt nie pomyśli, że jesteś straszny.
- Czy to był komplement? - uśmiechnął się pod nosem, oczekując odpowiedzi. Zdecydowanie podobał mu się rozwój tej krótkiej znajomości.
- Jak wolisz. Ale teraz może ogranicz suszenie zębów, bo się wykrwawisz - wyciągnęła z kieszeni paczkę chusteczek i delikatnie przyłożyła jedną do ust Sehuna. - Masz może w domu spirytus?
- Mam... To znaczy Jongin ma. Pozwolisz, że zaprowadzę cię do niego? W sumie to o niego ci chodziło. A w ogóle po co ci spirytus?
- Bycie córką chirurga ma swoje zalety. Zawsze mam w kieszeni jakieś drobne narzędzia i umiem niektóre proste rzeczy.
- Możesz mówić jaśniej...? - zapytał, po czym zwątpił, czy chce to wiedzieć.
- Bo będziemy szyć ci wargę. Daleko jeszcze?
- To tutaj...

Sehun puacze, bo jego postać nie ma blond
włosów i jeszcze go biją
*ale laska jest xd*

 _____________________________________________________________________

No też mnie nagle wena naszła, jak miło... Wiem, że to pewnie nie to, co wszyscy chcieli, ale mam nadzieję, że chociaż kogoś to ucieszy ^^ Na razie z niczym się nie zapowiadam, nie będę weny sobie zapeszać. To taki prezent na końcówkę świąt ;) Z dedykacją dla mojej unni <3

~Mintaj

sobota, 19 kwietnia 2014

#Untitled_bad_boys part ?


Leżałem na wznak, odbijając od sufitu szmacianą piłeczkę. Zwykle w ten sposób spędzałem wolny czas między jedną a drugą wizytą mojego kumpla, ponieważ w moim mieszkaniu nie było ani telewizora, ani komputera. Książek miałem tylko kilka, więc czytanie ich po raz któryś z kolei nie było zbyt dobrą rozrywką. Tak naprawdę ‘mieszkanie’ było wynajętym półlegalnie pokojem z maleńką łazienką i aż dwoma kontaktami, znajdującym się w raczej opuszczonym, starym budynku. Prawdopodobnie ta część nigdy nie została oddana do użytku, bo ściany były niepomalowane, a na podłodze leżały tylko krzywo wycięte deski, udające panele. Poprawiłem to nieco, usunąłem drzazgi i wygładziłem papierem ściernym, ale na farbę już mnie nie było stać. Gotowałem sobie na turystycznej kuchence, trochę zużytej, ale wciąż działającej. Zimą często się nią ogrzewałem, ale mój przyjaciel i tak musiał skombinować mi elektryczny grzejnik, żebym nie zamarznął na kość. Tak, moje zupełnie prowizoryczne mieszkanie... Własnoręcznie sklejone łóżko z odpadów pobliskiego tartaku, niewielka komoda (z tego samego źródła; właściciel podarował mi ją w zamian za kilka dni pracy), kuchenka, grzejnik, cudowna lampa na świece (okropnie brzydka, ale dawała fantastyczne światło, dlatego tak ją lubiłem) i półka, na której leżało kilka książek, wręcz antyczna mp3 na baterie oraz telefon z ładowarką, również antyczny. Mógłbym mieszkać w o niebo lepszych warunkach, co było moją rzeczywistością aż do 17 urodzin. Wtedy postanowiłem, że ucieknę z domu i zdam się na los. Na szczęście poznałem Sehuna, dzięki niemu moja nowa rzeczywistość nie jest aż tak parszywa.
- Idiota, znowu zostawiłeś klucze w zamku. Nie wiem, po co sobie dorabiałem własne, przecież do ciebie można wejść ot tak sobie - krytyczny głos wyrwał mnie z transu, piłeczka upadła obok łóżka.
- Prawie dobiłem do tysiąca odbić - mruknąłem, posyłając mu obrażone spojrzenie. Byłem jednak wdzięczny, że znów mnie zbeształ za mój dość niebezpieczny nawyk. Ta dzielnica nie należy do różowych, równie dobrze ktoś mógł mnie już zaciukać, skoro obecność Sehuna wykryłem dopiero wtedy, gdy podszedł do mnie i pomachał mi kluczem tuż przed nosem. Usiadłem na łóżku i wsunąłem rękę pod materac. Pogrzebałem chwilę, wyjmując pomiętego skręta. Zapaliłem go i zaciągnąłem się dymem.
- Chcesz trochę? - podałem mu, licząc na inną odpowiedź, niż zazwyczaj.
- Wyrzuć to gówno, albo chociaż trzymaj z dala ode mnie. Wiesz, że nie palę - skrzywił się, siadając najdalej, jak mógł.
- Cały ty... Dlatego potem chodzisz taki spięty.
- A ty ujeżdżasz jednorożce - odparł, na co ja parsknąłem śmiechem. Sehun tylko się ze mną przekomarzał, tak naprawdę nigdy nie miałem dostępu do dobrego towaru, a popalałem tylko marną trawkę. W zasadzie nie byłem nawet jakoś uzależniony, bez problemu funkcjonuję, gdy skończy mi się zapas. Paliłem, żeby się czymś zająć, choć z pewnością to nie najlepsze wyjście.
- To już ostatni, jakiego mam. Daj spokój, przecież aż tak nie śmierdzi - powiedziałem, wyrzucając niedopalonego skręta przez otwarte okno. - Przyszedłeś dzisiaj wcześniej, niż zwykle...
- Mama znów zaprosiła klienta do domu. Byli za głośni, więc wyszedłem, bo nie mogłem usłyszeć własnych myśli - wyjaśnił. Zawsze zdumiewało mnie to, jak swobodnie potrafił mówić o takich krępujących rzeczach. Wiedziałem, że w głębi duszy jest mu okropnie wstyd, że jego matka zarabia jako prostytutka. Jednak Sehun należał do tych typów, którzy nie przyznają się do głębszych uczuć nawet przed najlepszym kumplem.
- Moje drzwi są zawsze otwarte. Dosłownie - zażartowałem, próbując rozluźnić atmosferę. W tym samym momencie głośno zaburczało mi w brzuchu. Sehun spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Jadłeś coś dzisiaj? - pochylił się nade mną, jakby chciał wyczytać prawdę z moich oczu.
- Ech, nie. Jakoś nie miałem okazji - odparłem i przycisnąłem rękę do żołądka. Twarz mojego przyjaciela rozjaśniła się, a na ustach pojawił się łagodny uśmiech.
- Jeśli nadal będziesz dokarmiał tego psa, sam umrzesz z głodu - poklepał mnie po ramieniu i wyciągnął ze swojej torby paczkę ramyunu. - Sam też jeszcze nie jadłem, więc się z tobą podzielę.
- Dzięki, stary. Zaraz… - mój mózg przetwarzał zasłyszane przed chwilą słowa. - Skąd… Skąd wiedziałeś?
- Hmm? To było aż zbyt oczywiste. Idąc do ciebie sam przypomniałem sobie o tym kundlu i chciałem go nakarmić, ale kiedy dotarłem do jego kryjówki, zobaczyłem go, wcinającego twoje kluski - wyjaśnił, otwierając po kolei saszetki z przyprawami.
- Może to nie były moje kluski?
- Jong In-ah, tylko ty potrafisz spierdolić tak prostą potrawę. Wszędzie poznałbym tę breję, jaką robisz z normalnego makaronu.
- Nie moja wina - burknąłem, choć wiedziałem, że Sehun ma rację. Tego psa znalazłem kiedyś w śmietniku, był strasznie wychudzony i słaby. Wziąłem go do siebie na kilka dni, dokarmiłem i znalazłem mu bezpieczniejsze schronienie, co jakiś czas przynosząc mu moje jedzenie.
- Dobrze, skoro tak mówisz… No, gotowe. Właśnie tak powinien wyglądać prawdziwy ramyun - uniósł pokrywkę, a z garnka wydobyła się gorąca para. Może to nie była jakaś szczególna umiejętność, ugotować makaron, ale Sehun naprawdę miał talent do gotowania. W okresach, gdy do kieszeni wpadło nam więcej wonów, robiliśmy spore zakupy, a potem raczyłem się domowymi specjałami mojego kumpla. Pamiętam smak jego fantastycznego kimchi, które przyniósł w Boże Narodzenie.
- Nie chciałbyś zatrudnić się u mnie jako kucharka? - spytałem, pakując sobie do ust niemożliwą ilość makaronu. Byłem głodny jak wilk. Sehun parsknął śmiechem.
- A czym byś mi płacił? Nie przyjmuję zapłaty ‘w naturze’, a to jedyne, co teraz masz.
- Kurwa, ja jem - zakrztusiłem się, kiedy przed oczami stanęła mi scena owej ‘zapłaty’.
- Smacznego - wystawił język i jakby nigdy nic, zaczął spokojnie przeżuwać swoją porcję. Sehun i jego niewybredne żarty były nieodłącznym elementem mojego życia. Nawet jeśli miałem się przez nie udławić, wciąż czułem, że to coś, czego potrzebuję. Trudno jest mieszkać zupełnie samemu wśród nieznanych ludzi w nieznanym mieście, szczególnie gdy jest się jeszcze młodym. To, jak poznałem Sehuna, było zupełnym zbiegiem okoliczności - może to było przeznaczenie? Gdzieś w głębi wierzyłem, że nic nie dzieje się przypadkiem. Ludzie, których poznajesz na swojej drodze życia, nie możesz lekceważyć.


_________________________________________________________

Napisane hoho i jeszcze dawniej temu, ale zakończone w takim momencie, że jest z tego całkiem przyzwoity prolog. Zaczyna we mnie powoli rozpalać się potrzeba napisania czegoś, więc może ruszę z tym... albo The Bangpire Diaries. Albo Wyznaniami... Albo jakimś one shotem, bo mi parę takich chodzi nocami po głowie ^^''' wiem, z czym nie ruszę - totalnie nie mam weny na TMHTL (mój 2 blog), nie pisałam tam od miesięcy, bo byłam zajęta nauką, a teraz nie mogę nic na to wymyślić... Na chwilę obecną, bo *sic!* mam ciąg dalszy, ale dodałabym go dopiero po kilku następnych rozdziałach, więc kij, bo na te właśnie rozdziały nie mam pomysłu ;-;

~Mintaj

poniedziałek, 10 lutego 2014

#Wyznania wkurwionego Chanyeola (part 4?)

O północy dostałem smsa.

Od: Baekhyun
Nie zdążyłem spytać... I jak całuję? ;)

Zakrztusiłem się moją wodą gazowaną i musiałem chwilę odsapnąć, zanim mu odpisałem. Zgodnie z prawdą, oczywiście.

Do: Baekhyun
Jak baba.

Następnego dnia staraliśmy się z Baekhyunem unikać siebie nawzajem. Nie czułem się jakoś szczególnie niezręcznie, ale obawiałem się, że jemu może się zachcieć o tym porozmawiać, a u nas panuje brzydki zwyczaj podsłuchiwania. Obiecał, że nikomu nie piśnie ani słówka, ale mimo wszystko nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Suho hyung patrzy na mnie osądzającym wzrokiem. Wstrzymałem oddech, kiedy podszedł do mnie z założonymi rękami i powiedział:
- Wiem, co zrobiłeś.
- T-tak? A co takiego... zrobiłem? - wyjąkałem, gotów wszystkiego się wyprzeć, a potem znaleźć tę zdradziecką siksę Baeka i obedrzeć go ze skóry.
- Przyznaj, pokłóciłeś się z Yixingiem - zmarszczył brwi, a ja powtórzyłem ten gest.
- O czym ty mówisz? Ostatnio nawet z nim nie rozmawiałem...
- Jeśli to prawda, jak wytłumaczysz fakt, że zniknął nad ranem bez słowa?
- Kto zniknął? Yixing gege? - z kuchni wyłoniła się głowa Tao. Wspominałem już o podsłuchiwaniu, czy jeszcze nie?
- Rzeczywiście, nie widziałem go dzisiaj... - przyznałem, intensywnie myśląc o możliwych przyczynach tak osobliwego zachowania naszego kumpla. - Ale przysięgam, to nie moja wina. Hyung, naprawdę...
- No dobrze, wierzę ci. Masz jakiś pomysł, co możemy z tym zrobić?
- Chłopaki... W zasadzie, to na lodówce była taka kartka, ale myślałem, że to jakiś śmieć i ją wyrzuciłem... - wymamrotał Tao, pocierając sobie nerwowo kark. Postanowiłem, że później się na niego zezłoszczę. W akcie poświęcenia zanurkowałem ręką w śmietniku i wyciągnąłem kartkę. Jak się spodziewaliśmy, była to wiadomość zostawiona przez Laya.
POSZEDŁEM SZUKAĆ KAPCI.
- Czekaj, co? Jakich kapci... - Suho złapał karteczkę pincetą i przyjrzał się krzywemu napisowi. - Matko i córko, ale on bazgrze.
- Pokażcie mi to, ja się rozczytam! - do pomieszczenia wpadł Luhan, krusząc wokoło ciastkami. Przykro mi, fanki księcia z bajki Luhana. Wasz książę je jak świnia. - Albo i nie... Jak długo ta karteczka leżała w morzu ketchupu?
- Od śniadania - wyjaśnił Tao, robiąc się coraz mniejszy z zażenowania. Suho poklepał go po ramieniu, próbując dodać mu otuchy.
- KEURISEUUU - zawył słodkim głosem Luhan. Ten to potrafi ściągnąć czyjąś uwagę. Po chwili do i tak zatłoczonej już kuchni wszedł Yifan, niosąc na plecach grupowego hobbita, to jest Kyungsoo.
- Czy to jest podpaska - zapytał, nie zbliżając się do upapranej ketchupem karteczki na odległość bliższą, niż metr. Cóż, rozumiem go, w końcu ostatnio jakaś psychofanka przysłała nam jedną, no ale... Hyung, błagam cię. Kwadratowe, małe i nie ma skrzydełek = nie podpaska. Czuję się źle z faktem, że posiadam taką wiedzę, chociaż to było trochę nieuniknione, skoro mam siostrę.
- Nie, to Yixing zostawił... - zaczął Luhan, ale Galaxy hyung przerwał mu z przerażoną miną.
- TO YIXING JEST DZIEWCZYNĄ?
- Opanuj się, to zwykła kartka. Pobrudzona ketchupem. Poliż, jak nie wierzysz - odezwał się Sehun, który chyba umie się teleportować. Nie było go tu wcześniej...
- A..haa... A co jest nie tak z tą kartką?
- Coś na niej pisze! - zauważył Jongin, wciskając głowę między mnie, a Tao. Chyba już dostał smsa od Sehuna.
- Jest napisane - poprawił go Kyungsoo, okazując swoją wyższość. Niech korzysta, zaraz jego chłopakowi coś strzeli w krzyżu i się skończy darmowa lektyka.
- Hyung, podnieś ją do światła - stojący z tyłu (bo w kuchni już nie było miejsca xd) Minseok hyung zabrał głos. Przepchnęliśmy go do przodu, żeby mógł przypatrzeć się wiadomości od Yixinga, którą trzymał pincetą Suho. Po minucie ciszy obrócił się do nas. Minę miał nietęgą.
- Umin-ah, co jest? - zmartwił się Luhan. Minseok pokręcił głową i westchnął.
- On się po prostu pcha po nagrodę Darwina. Wcale nie poszedł szukać kapci. Literówka. Yxing poszedł szukać babci.
- Jakiej babci? - zdziwił się Tao. Nagle Baekhyun uderzył się otwartą dłonią w czoło.
- Mojej babci. Ten kretyn naprawdę poszedł szukać domu mojej babci! Kiedy on nawet nie ma pojęcia, gdzie to jest!
- Dzwońcie do niego! - zarządziłem, wyciągając mój telefon. - Ale nie wszyscy naraz... - jęknąłem, obserwując moich kumpli, wyraźnie zdenerwowanych zajętą linią. - Dobra, inaczej. Ja będę do niego dzwonić, a reszta spróbuje namierzyć go przez GPS. Cicho! Odebrał.
- Hej Chanyeol...
- CZY TY... chociaż wiesz, gdzie teraz jesteś? - powstrzymałem się od wybuchu, nie chcąc zabrzmieć jak zazdrosna, jędzowata żona. W słuchawce zapanowała cisza, jakby mój rozmówca się nad czymś zastanawiał.
- Właśnie... chyba... nie wiem...
- Jak miałeś zamiar znaleźć dom babci Baekhyuna, skoro nie znasz adresu?
- Zapomniałem o tym... Przypominało mi się, jak już wyjechałem z miasta...
- Zaczekaj. Wyjechałeś z miasta? W którą stronę? Nazwa miejscowości? - zaczynały puszczać mi nerwy. Nieodpowiedzialność mojego przyjaciela przekraczała wszelkie wyobrażenia.
- Nie wiem, zasnąłem w autobusie... Jest tutaj taka mała restauracja, ale pracują tutaj sami Japończycy, a ja po japońsku umiem tylko zamówić jedzenie...
- Słuchajcie, jest ok, przynajmniej nie umrze z głodu i nie zamarznie! - krzyknąłem do reszty, która przysłuchiwała się rozmowie. - Dobrze, hyung. Nie ruszaj się stamtąd i włącz GPS w telefonie, znajdziemy cię.
- Okej... Ooo, arigato gozaimasu... Itadakimasu! - powiedział, zapewne do kelnera, a potem się rozłączył.
- Mam świetną wiadomość, znalazłem go - Jongdae podetknął mi pod nos komórkę. - Nawet nie chcecie wiedzieć, jak daleko stąd go wywiało.
- Pojadę i go przywiozę - zaoferowałem się, zakładając już kurtkę.
- Jadę z tobą - usłyszałem głos Kyungsoo. Zeskoczył z pleców Yifana i nie czekając na moją zgodę, zaczął się ubierać.
- Ja też - oznajmił głosem nieznoszącym sprzeciwu Baekhyun. Posłałem mu pytające spojrzenie.
- Lepiej będzie, jak pojedziecie we trójkę. W razie, jakby Yixing jednak się ruszył z miejsca i trzeba by było go szukać - zauważył Suho, kierując swoje słowa do najbardziej przeciwnych temu planowi osób.
- Tak, masz rację... - mruknęli Chen z Krisem, niezadowoleni z faktu, że tymczasowo zabieram im chłopaków.

W samochodzie moi współpasażerowie szczęśliwie posnęli na tylnym siedzeniu, więc miałem spokój podczas jazdy. Z ulgą odkryłem, że Yixing jednak nie opuścił tej restauracji. Rozpromienił się na nasz widok.
- Przyjechaliście po mnie!
- WIĘCEJ MASZ TAK NIE ROBIĆ! AISH! - zabulgotał Kyungsoo, okładając go pięściami po plecach.
- No nie będęęę, ałaaaa ;_;
- Kyungsoo-yah, zostaw go już... Też się dzisiaj namęczył. Yah, hyung. Jeśli aż tak ci zależy, mogę następnym razem zabrać cię na wizytę do mojej babci. Ale pojedziesz ze mną, a nie sam - obiecał Baekhyun, wcielając się w rolę dobrego wujka. Ja zostałem rozsądnym wujkiem i po zapłaceniu rachunku zapakowałem ich wszystkich do samochodu, bezpiecznie odwożąc do domu. Po drodze nasłuchałem się opowieści Yixinga o szczegółach jego podróży, cytuję: 'I była tam taka dziwna toaleta, że musiałem sikać z takiego jakby podestu, a potem jeszcze chyba się nie zamknąłem i mi weszła jakaś kobieta, ale na szczęście było już PO'. Postanowiłem zaparkować na podziemnym parkingu, bo zanosiło się na śnieg. Wykręcałem jeszcze kołami, żeby wyrównać, kiedy zniecierpliwiony Baekhyun opuścił samochód, mamrocząc coś o jakiejś dramie, która mu się zaczyna.
- Drama? Omo - pisnął Kyungsoo, wybiegając za Baekhyunem. Zostałem sam ze śpiącym Yixingiem i krzywo zaparkowanym wozem. Kiedy stwierdziłem, że jest już w miarę przyzwoicie, odpiąłem pas i zacząłem budzić mojego przyjaciela.
- Już jesteśmy...?
- Tak, zbudź się. Nie mam zamiaru cię nieść. Zjadłeś chyba wszystko, co mieli w tej restauracji...
- Spoko... - powolnym ruchem odpiął swój pas i wytoczył się z siedzenia. Przytrzymałem mu nawet drzwi, bo wyglądał, jakby zaraz miał paść na podłogę. On się bardzo powoli budzi.
- Już kontaktujemy? To idź na górę i zamelduj się u reszty, że dotarłeś bezpiecznie. I przeproś ich za robienie zamętu - zmierzwiłem mu włosy z uśmiechem. Odwzajemnił go i pokiwał głową, a potem znienacka cmoknął mnie w policzek. - Nie miałem pomysłu, jak inaczej ci podziękować za ratunek... - utkwił wzrok w podłodze, przygryzając wargę. Chrząknąłem nieznacznie, chcąc przerwać ciszę.
- Nic nie... ech. Wszystko mi jedno - powiedziałem wymownie. Yixing znów przytaknął, a potem poszedł już do windy. Usiadłem na masce samochodu, zapominając już, co właściwie chciałem przy nim zrobić. Sam nie wiedziałem, czemu tak reaguję na zwykły, drobny gest podziękowania od kumpla. Nagle przeszyła mnie myśl, że jeszcze kilka takich epizodów, a trudno będzie mi się przedstawiać jako Chłopiec, Który Przeżył...w Sami Wiecie Czym. Powinienem znaleźć sobie dziewczynę...


_________________________________________________________________

Hm, jednak nie musieliście aż tak długo czekać... xd
Noonim, doczekałaś się toaletowej przygody! xd dzięki za inspirację, LAYĘ z tego hahahah
a Bangpire Diaries następne w kolejce

~Mintaj

niedziela, 9 lutego 2014

The Bangpire Diaries_Preview

9.02.1961
wieczór
Dzisiaj uświadomiłem sobie, że nie pamiętam już, jak smakuje mleko. Wbrew pozorom, wampiry mogą jeść i pić jak zwykli ludzie. Z tym wyjątkiem, że to nas w ogóle nie zaspokaja. Mamy trochę... inny rodzaj głodu. Nie mniej jednak wiele wampirów wciąż potrafi się cieszyć smakiem ulubionych potraw nawet po przemianie. To pozwala pamiętać im o swoim człowieczeństwie. Zgadza się - wampiry są ludźmi. Tylko mamy bardziej wyostrzone zmysły, jesteśmy nieprawdopodobnie szybcy, silni,  w większości inteligentni (nie mogłem sobie odmówić tej uwagi), nie starzejemy się, trudno nas zabić, mamy też specjalne zdolności i żywimy się krwią. Drobne różnice, nieprawdaż? Mogę bez problemu wyjść na ulicę, a ludzie wezmą mnie za zwykłego ucznia. Wbrew pozorom, wampiry też mogą chodzić do szkoły. Trzydzieści lat temu wyśmiałem dyrektora Bangpire Academy, kiedy zaproponował mi zostanie jednym z jej pierwszych absolwentów. Ukrywałem się wówczas w niewielkim pensjonacie w Szkocji, gdzie pokojówki nie zadawały pytań i pozwalały mi się karmić, kiedy tylko miałem ochotę. Co prawda dość często musiałem je hipnotyzować, ale kilka z nich było mną tak zafascynowane, że oddawały mi się dobrowolnie. Trafiłem tam w dość beznadziejnym momencie - w okolicy było już kilka wampirów, na tyle nieostrożnych, że ludzie się o nich dowiedzieli. Wiedziałem, że są nowi. Sposób, w jaki zabijali świadczył o niepohamowanym głodzie, jaki trawi wampira przez pierwsze miesiące od przemiany. Można nad tym zapanować (i było to pierwszą rzeczą, jaką nauczyłem się w akademii), jednak wymaga to silnej woli i innych czynników, jak na przykład izolacji od źródła pokusy. Niewykonalne w sporych rozmiarów wiosce. Kiedy zebrał się komitet do walki przeciwko wampirom, a mieszkańców zaczęto wyposażać w zaostrzone kołki i inne tego typu przyjemności, zdałem sobie sprawę, że nie mogę już polować. Co gorsza, musiałem szybko nauczyć się żywić małymi ilościami krwi, żeby przypadkowo nie zabić którejś z pokojówek. Byłem już ponad pół roku na takiej diecie, właśnie wtedy do pensjonatu przybył profesor Shin. Pewnego wieczoru zaprosił mnie do swojego pokoju, gdzie prosto z mostu wyjawił mi, że wie, kim jestem. Wtedy też powiedział mi o swoim planie stworzenia szkoły, w której mógłby uczyć wampiry funkcjonowania w normalnym świecie, a także wykorzystywania ich zdolności. Żeby zminimalizować ryzyko zdemaskowania (nie wierzyłem w powodzenie szkoły, której uczniowie się nie starzeją), siedziba akademii miałaby być co kilka lat przenoszona w inne miejsce, dość odludne. Obecnie Bangpire Academy mieści się w opuszczonym budynku niedaleko centrum Seulu, co może nie jest zbytnio rozsądne, ale dyrektor ma do nas duże zaufanie. W każdym razie, tamtego wieczoru nie dałem mu skończyć i wyszedłem, po raz pierwszy od miesięcy opuszczając pensjonat. Nie chciałem kontynuować tej rozmowy, a profesor Shin jest typem, który bez pardonu potrafi wejść komuś do sypialni. To miała być tylko przechadzka, ale nie minęło nawet pięć minut, kiedy poczułem krew. Woń dobiegała zza małej piekarni, więc zakradłem się za róg i zobaczyłem jednego z wyżej wspomnianych wampirów, nachylającego się nad rozszarpanym od ugryzienia gardłem młodej kobiety. Znałem ją, wiele razy podrzucała mi ciepłe bułeczki i mleko, za które byłem szczerze wdzięczny. W przypływie wściekłości rzuciłem się na niego, ale byłem znacznie słabszy. Podczas gdy on musiał zaspokajać się codziennie z nadmiarem, ja pozwalałem sobie na jedynie kilka kropel. W pewnym momencie leżałem pod nim i czułem, jak moje serce jest powoli wyrywane. Prawie pożegnałem się ze światem, kiedy wampir zastygł. Ostrożnym ruchem wyjął rękę z mojej piersi, po czym ugodził w swoją... pozbawiając się serca. Patrzyłem na tę scenę z niedowierzaniem. Nie zauważyłem nawet, kiedy czyjeś silne ręce postawiły mnie na nogi i otuliły kocem. Moim wybawcą okazał się nie kto inny, jak profesor Shin. Zapytał mnie, czy wiedziałem, że wampiry potrafią wpłynąć na inne wampiry. Nie miałem pojęcia. Ale bardzo chciałem się tego nauczyć. Spakowałem rzeczy i wyruszyłem z nim z powrotem do Korei Południowej, gdzie poznałem grupkę innych wampirów, również zainteresowanych... dalszym rozwojem. Opowiedziałbym o nich, ale po pierwsze - nie lubię pisać pamiętników, a po drugie - miało być o mleku. Tak, od tamtego incydentu ze śmiercią mojej przyjaciółki ani razu go nie tknąłem. Poza tym, wypełnianie mojego obowiązku szkolnego (czyli radzenie sobie z niebezpiecznymi wampirami i ludźmi... w skrócie) zapewnia mi litry tego, co lubię najbardziej. Mam w tej szkole reputację... Mleko jest dla lamusów.

Yoongi.
tak przeglądałam tumblra i mnie zainspirował ten obrazek ;D
(jak za mały, to kliknijcie na niego, powiększy się ;D)

~Mintaj

wtorek, 4 lutego 2014

#Wyznania wkurwionego Chanyeola (part 3?)

Przez całą noc było mi okropnie gorąco, więc spałem przy otwartym oknie, co jakiś czas wstając i spacerując w samym dole od piżamy w tę i z powrotem. Oddychałem głęboko, by mroźne powietrze wypełniło mnie, wyganiając wszelkie niechciane myśli, jakie mnożyły się w mojej głowie. To raczej nie był dobry pomysł, bo kiedy rano się obudziłem, czułem się dziwnie. W dodatku cały trząsłem się z zimna. Wyszedłem z łóżka tylko po to, by zamknąć okno, podkręcić grzejnik i wrócić pod kołdrę. Moi współlokatorzy byli sobą zajęci, więc mogłem w spokoju zasnąć ponownie, nie obawiając się, że któryś zacznie walić w drzwi i zmuszać mnie do opuszczenia (już) ciepłej pierzyny. Poza tym, mamy dzisiaj wolne.
- Chanyeol-ah! Otwórz! - mimo wszystko byłem wdzięczny, że wytrzymali beze mnie do południa.
- Nie wygłupiaj się, Baekhyun. Przecież masz zapasowy klucz - odpowiedziałem lekko zachrypniętym głosem, ani myśląc ruszać się z miejsca.
- Aish, nie mam tyle czasu! - usłyszałem zniecierpliwienie w jego głosie. Jednak moje łóżko wciąż było bardziej przekonujące.
- To szkoda. Dobranoc! - nakryłem się kołdrą po uszy. Niedługo potem usłyszałem szczęk zamka, a do pokoju wpadł mój przyjaciel.
- Park Chanyeol! Sprawa najwyższej wagi państwowej!
- Huh?
- Masz wazelinę? - jego pytanie tak mnie zdziwiło, że aż usiadłem.
- Dlaczego mnie o to pytasz...
- Bo nikt inny mi nie chce pożyczyć, a Chen jest ciasny jak mój golf, kiedy się skurczył po praniu - wyjaśnił, nie oszczędzając mi tego szczegółu. Przejechałem ręką po włosach.
- Mam, ale nie taką, jaką... zapewne... zwykle używacie - powiedziałem, czując się niezręcznie. - Używam jej, kiedy mam spierzchnięte usta.
- Nada się - kiwnął głową, a ja wygrzebałem z szafki nocnej niewielkie pudełeczko. - Trochę mało, ale sobie poradzimy. Będziesz chciał to z powrotem?
- Baekhyun... Nie... Ugh.
- Tylko żartowałem - zaśmiał się. - Poza tym... - miał już wyjść, kiedy zawrócił i nachylił się nade mną, uważnie przyglądając się mojej twarzy. - Twoje usta wyglądają w porządku.
*
Po śniadaniu (o ile tak można nazwać posiłek spożywany o 13:30) wciąż nie czułem się najlepiej, więc snułem się bez celu po dormie. Łyknąłem wszystkie wzmacniające witaminy, jakie polecił mi Suho hyung, co trochę mnie otumaniło. Może nie powinienem brać ich wszystkich naraz? Zakręciło mi się w głowie i postanowiłem usiąść na kanapie. Właśnie gapiłem się pustym wzrokiem w telewizor, kiedy dosiadł się do mnie Luhan.
- Yah, wszystko w porządku? Wyglądasz słabo...
- Nic mi nie jest, hyung. To tylko lekkie przeziębienie - odparłem, wymuszając uśmiech. Luhan zmarszczył brwi, ale nic więcej nie mówił. W zupełnej ciszy oglądaliśmy jeden z ulubionych programów Kaia, jakąś bajkę dla dzieci. Zawsze zostawiał włączony telewizor i denerwował się, jak ktoś mu wyłączał.
- Ej, nie przełączajcie, ja oglądam! - gdy tylko sięgnąłem po pilota, żeby zmienić kanał na coś bardziej odpowiedniego dla dorosłych mężczyzn (to jest, wiadomości, nie myślcie o niczym innym!), Jongin wbiegł do pokoju. Wywróciłem oczami, wydając z siebie westchnienie.
- Aish, z tobą... Chyba nie powiesz nam, że widzisz przez ścianę?
- Może i widzę. Nie zmieniaj kanału, ja zaraz przyjdę - powiedział i w podskokach wrócił do czekającego na niego w sypialni Sehuna. Witaminy jednak podziałały i do wieczora czułem się zupełnie dobrze. Stwierdziłem, że mogę wykorzystać mój dobry humor i zrobić coś, co powinienem był zrobić już dawno temu. Zawołałem Baekhyuna do mojego pokoju i kazałem mu usiąść wygodnie.
- Baek, mam do ciebie pewną sprawę. Może najpierw zapytam.
- Zamieniam się w słuch - zakładając nogę na nogę, wbił we mnie przenikliwy, nieco maślany wzrok. Wziąłem głęboki oddech, starając się zabrzmieć jak najbardziej naturalnie.
- Czy uważasz, że potrafisz dobrze całować? - kiedy te słowa opuściły moje usta, stwierdziłem, że mogłem inaczej sformułować pytanie. Baekhyun uniósł brwi i uśmiechnął się nieznacznie.
- Hmm? A dlaczego miałoby cię to interesować? Myślałem, że...
- Tak! Nie o to mi chodziło... Ugh. Po prostu na moje oko trochę za bardzo...
- ...Co?
- Gdybyś tak używał mniej... śliny. Szczególnie na moim łóżku. Ale to nie znaczy, że jak się poprawisz, to dam ci przyzwolenie! - zastrzegłem, obserwując zmieniający się wyraz twarzy przyjaciela. - Baekhyun-ah, przepraszam. Mogłem to ująć bardziej delikatnie...
- Nie. I chyba masz rację... To dlatego Jongdae ostatnio chciał od razu przejść do rzeczy. To dlatego, że za bardzo się wczuwam i... - urwał, ocierając łzę z kącika oka. Nagle zrobiło mi się go żal.
- Oj, nie rozklejaj mi się tutaj. W końcu się nauczysz, a ja do tego czasu przeboleję...
- Naucz mnie - odezwał się nagle Baekhyun. Spojrzałem na niego, w głębi mając nadzieję, że się przesłyszałem. - Chanyeol-ah, proszę, naucz mnie całować. - powtórzył proszącym głosem.
- Nie możesz poćwiczyć z Chenem? Przecież ja nawet nie jestem, no wiesz, taki jak wy.
- I właśnie dlatego to ty powinieneś mnie uczyć! Twoje podejście to tego będzie czysto techniczne, a przecież o to nam chodzi. Nie mam zamiaru poniżać się przed kimś, kto mi obciąga na życzenie, dlatego Jongdae odpada.
- Szczerość to twoja mocna strona...
- Wiem, dziękuję. To jak, zgadzasz się?
- Byun Baekhyun. Tylko nie waż się tego nikomu rozpowiadać. Czysto techniczna sprawa, jasne?
- Jak słońce - rozpromienił się i ku mojemu zdumieniu, usiadł mi okrakiem na kolanach.
- Czy ty masz jakiś problem ze zrozumieniem pojęcia 'techniczna'? To nie obejmuje pakowania mi się na kolana! - chciałem go zrzucić, ale złapał się mojej koszuli, której wcale nie zamierzałem niszczyć.
- Tak mi wygodniej... - powiedział z niewinną miną, przysuwając się bliżej. - Zaczniesz już? Trochę mi się spieszy...
- Chowasz język i trzymasz usta zamknięte, póki ci nie pozwolę. I zero pośpiechu, bo mnie obślinisz.
- No wiesz... - mruknął urażony, ale posłusznie wykonał moje polecenie. Złapałem go w talii, żeby mi się nie wyślizgnął, po czym przytknąłem moje usta do jego. Pierwsze, co zauważyłem, i co mnie bardzo zaskoczyło, był fakt, że jak na chłopaka miał niewiarygodnie delikatne i aksamitne usta. Gdybym nie wiedział, kogo całuję, pomyliłbym go z dziewczyną. Baekhyun lekko rozchylił wargi, wciąż jednak pozostając w ustalonej pozycji. Zacząłem składać na nich subtelne, powolne pocałunki, żeby ten kretyn wreszcie skumał, w czym tkwi istota całowania. Było to całkiem przyjemne, o dziwo. Kiedy uznałem, że pokazałem mu wystarczająco dużo, odsunąłem się. Dopiero teraz odważyłem się otworzyć oczy i zobaczyłem, że mój uczeń ma je wciąż zamknięte. Jego policzki były mocno zaróżowione, co mnie trochę rozśmieszyło, bo to ja, 100% hetero Park Chanyeol, do tego doprowadziłem.
- Hej, Baek. Teraz twoja kolej. Pokaż, że nie poświęcam się na marne - potrząsnąłem nim lekko.
- Co...? Ach, tak... - wymamrotał, mrugając oczami. Zanim zdążyłem zaprotestować, ujął moją twarz w dłonie i zaczął całować. Spodziewałem się potoku śliny, bo widocznie za bardzo się wczuł, ale tak się nie stało. Baekhyun faktycznie starał się wykorzystać moją naukę i nie wpakował mi języka do ust z tą swoją agresywną pasją, jaką okazywał Chenowi. Pozwoliłem mu chwilę smakować moje usta, ale po chwili pogłębiłem pocałunek, co miało być ostatnim sprawdzianem. Usłyszałem westchnienie, które sprawiło, że nasze języki chwilowo się zetknęły. Poczułem dreszcz, odruchowo zaciskając ręce mocniej na jego talii. Musiałem to przyznać, Baekhyun cholernie szybko się uczył i był dobry. Za dobry.
- Wystarczy - powiedziałem i zestawiłem go z moich kolan, wstając. - Już ci nie jestem potrzebny, więc zmykaj do swojego chłopaka. I ani słowa - oparłem się o krzesło, łapiąc oddech. Baekhyun wyglądał na równie oszołomionego, ale i... szczęśliwego?
- Szkoda, bo wszyscy by mi zazdrościli - uśmiechnął się łobuzersko. - Wiesz, Chanyeol-ah... Twoje usta nie tylko WYGLĄDAJĄ w porządku. Nie myślałeś może o zmianie...
- NIE!
- Och, nie krzycz tak, bo ogłuchnę. To do następnego razu! - poklepał mnie po ramieniu i wyszedł, nie dając mi szansy na powiedzenie, że nie będzie żadnego 'następnego razu'. Niech sobie znajdzie innego geja, a nie męczy stuprocentowego samca alfa...


to co prawda L.Joe i Chunji z Teen Top
ale pasowało mi do SCENY
jak widać, Czanjol nie ma takich gejowskich zdjęć.
_____________________________________________________________________

Zmieniłam narrację, bo zauważyłam, że i tak przechodzę na czas przeszły. Nie wiem, czy lepiej się to czyta...
Wybacz, noonim, że nie ma twoich tekstów! xd naszła mnie wena na SCENĘ i stwierdziłam, że z tymi zabawnymi wypełniaczami wyjdzie za długo...
Kto jeszcze wierzy w 100% faceta, jakim jest Czanjol? Wspierajcie go w tej batalii przeciwko szerzącej się gejozie! xddd

~Mintaj